Menu

dyskretny urok codzienności

opisywany przez heteroseksualne ciało pedagogiczne rodzaju żeńskiego oddające się wnikliwym studiom nad rodzajem męskim, choć rodzaj nijaki nie pozostaje bez znaczenia

Być kobietą nie jest łatwo....

asprocolia

droga szkolna dziatwo. Ciągle czegoś za dużo za mało, nie wtedy, kiedy by się chciało, ciągła gonitwa od A do Z.

I nigdy nie wiadomo czy ona....ta kobieta obudzi się szczęśliwa..... jeszcze, już....już nigdy....tylko trochę.....A jednak warto........

Wszystkim kobietom ta nuta......można się zakochać.....w tej nucie oczywiście.

Lubileuszu nie będzie......będzie stypa po bloxie

asprocolia

I czy ja nie mam pecha życiowego ??? We wrześniu mój osobisty i jedyny blog skończyłby 10 lat .

Planowałam dużą imprezę,sporo alkoholu, potraw przepysznych, ziela obfitości....tymianku i innych...

Gości moc z całego świata, a tu.......normalnie dupa blada z celulitem. Oczywiście, że jest mi przykro, bo przywykłam, bo lubiłam, ale w kapitalizmie  tak bywa. Wszystko jest produktem, a produkt musi wciąż przynosić wysoki zysk. Ludzie nie są istotni....

W zasadzie można było się tego spodziewać. Od dawna blox miał przerwę na prace konserwacyjne.....czytaj: mamy Was ......tam właśnie. Nie było promocji, reklamy....byliśmy tylko my i nasze słowa.....marny target.

Ostatnie pożegnanie oraz epitafium wkrótce napiszę, a potem spróbuję w innym miejscu.

Czuję się z tym nieswojo.

Kap kap....płyną łzy.....

asprocolia

W kinie byłam. Spłakałam się jak bóbr i szczerze wyznaję : pelikan nie był jedynym powodem. Wyjazd z klasą do kina w towarzystwie innych klas wymaga nie tylko klasy,  czasami wymaga więcej niż można wymagać.

Film " Chłopiec z burzy " jest naprawdę wartościowy i niezwykły. Poruszył mną ogromnie. Jednak zanim poruszył mną film, musiało poruszyć mną jeszcze kilka wydarzeń. Podróż przebiegła bez większych sensacji. Na parkingu przystąpiłam do przeliczania grupy w ogromnym skupieniu, bo .....wiadomo.

Moje skupienie przerwał dość natarczywie Antoś:

- Psze paniii, a Wiktor się pyta co ma zrobić z pawiem...

Przyznam, nie załapałam natychmiast....Jednak Wiktorek podszedł ku mnie z woreczkiem.  Nadludzkim wysiłkiem opanowałam odruchy wymiotne, wzrokiem wskazałam na kosz. Nie miałam siły pytać o szczegóły, ale usłyszałam :

- Mówiłem, żebyś nie żarł trzeciej paczki żelków.....byś nie rzygał.....

- Weź się nie czepiaj, kupie sobie popcorn i mi przejdzie...

Oczekiwanie na seans młodzi kinomani spędzili w kolejce po wspomniany popcorn, naczosy i inne sritosy.....

W tym czasie, podobnie jak inne panie, ogarniałam wzrokiem tę przestrzeń, kodując kto wszedł do WC, kto już kupił, kto jeszcze nie kupił i kto nie wie czy kupi. Gdy wreszcie znaleźliśmy się na sali kinowej poczułam lekką ulgę. Tuż po rozpoczęciu seansu młodzi kinomani poczuli ogromną potrzebę zaspokojenia potrzeb fizjologicznych. 

Gdzieś tak w dziesiątej minucie przyszedł do mnie Mikołajek, który oświadczył, że film mu się nie podoba, że to był jednak zły wybór. Odesłałam delikwenta na miejsce. Po 10 minutach znowu przybył i podzielił się genialnym pomysłem. Na czas seansu wraz z dwoma kolegami opuści salę i połazi po galeri, bo szkoda tu marnować czas.  Musiałam być dość przekonująca, bo szybko wrócili na miejsce 

Dosłownie za pięć minut u mych stóp znalazł się Aleksander z zapytaniem, kiedy będą te wzruszające sceny, bo na razie nie chce mu się płakać. Ja już miałam na to ochotę, ale walczyłam. 

Ostatecznie wzruszyłam się, a za mną Aleksander, który obserwował mnie wnikliwie. 

Potem okazało się, że nie tylko on. Inni z żalem mówili, że bardzo chcieli beczeć, ale nie mogli, bo ktoś puszczał bąki,  a to było śmieszne. 

Najbardziej zaskoczyło mnie jednak to, że większość sporo zapamiętała, a Julka nawet poczuła przez ekran zapach mielonych ryb.

Ten seans wywarł na mnie ogromne wrażenie, po powrocie spałam dwie godziny śniły mi się pelikany, pawie i surykatki. Pojawienia się tych ostatnich akurat nie rozumiem.

Kino to potęga.

 

Ciąg niefortunnych zdarzeń

asprocolia

Mówią, że nieszczęścia chodzą parami.....Moje doświadczenia życiowe podpowiadają mi, że wędrują raczej grupowo.....

Zacznę od początku......poniedziałek, dzień, kiedy trudno zrobić przedziałek. Szok za szokiem......bo trzeba wstać......bo do następnego weekendu wieki całe........bo ludzie jacyś smutni......pogoda nie ta.....rajstopy bez oczek się skończyły..........

Jednak zaciskam zęby, dam radę. Dwie wojny światowe, prababka zegar przeciągnęła przez kartoflisko z pruskiego zaboru.... Dam radę.....

Na starcie radosne wiadomości, koleżanki zaniemogły i pomogły tym samym. I ósmej i mnie...... Zamiast okienka lekcja, o 15 powrót do domu. Stoję na przystanku.......smatri kakaja głusz.....Minuta goni minutę, mojego autobusu nie ma. Pół godziny spóźnienia.....cisza.

Zamykam się w sobie z zimna i osamotnienia. Nagle zatrzymuje się jakiś pojazd. To mama mojego dawnego ucznia. Moja radość sięga niebios......na krótko. Okazuje się, że pani jedzie w stronę mojego miasta, ale tam nie dojedzie, bo......długa historia. Odwrotu nie ma. Jedziemy, rozmawiamy. Ona się cieszy, że mi pomaga, ja udaję wdzięczność, choć przez skórę czuję zbliżające się kłopoty. Miejscowość, w której pani ma zamiar mnie zostawić jest przy bardzo ruchliwej trasie, szanse, że coś złapię są spore. Niestety, napotykamy korek, strata 20 minut powoduje, że pani nie może mnie podrzucić na przystanek. Stoję więc na poboczu bardzo ruchliwej trasy. W oddali majaczy zarys czegoś co przypomina przystanek. Wzdycham ciężko, ale wiem, że dam radę, wszak prababka....Mijają mnie całe tabuny  tirów. Pobocze wąskie, czuję ich oddech na plecach, przebieram nóżkami niczym wytrawny chodziarz. W połodwie drogi mija mnie autobus z Torunia, dosłownie dwie minuty za nim przejeżdża ten na który czekałam wcześniej. 

Co mi pozostaje ? Wycieczka piesza.....jeszcze 4 kilometry, z czego połowa wąskim poboczem. Idę, bo przecież prababka ten zegar..... Przypominam sobie, że przy odrobinie szczęścia mogę zdążyć na autobus podmiejski. Byle tylko dotrzeć na Grunwald, to taka nasza dzielnica. Nabieram tępa, tchu mi brak. Niestety, widzę w oddali jak już wjeżdża w zakręt. Po prostu idę dalej, jakieś gwiazdki widzę.....widzę też macdonalda.......już blisko. Przechodzę przez pasy i ...... Tu już prababka nie pomaga. Zamiast chodnika pas ubitej ziemi pokrytej kopczykami żwiru. Trzeba wracać.... Nie złorzeczę..... idę przez park.....dom już blisko......

Znawcy tematu

asprocolia

Lekcja polskiego w piątej, kolejny dzień nie ma Dawida. Chłopiec sporo opuszcza. Klasa głośno kometuje jego nieobecność. Przechodzę do zapisania tematu. Do moich uszu dociera dialog dwóch kumpli z pierwszej ławki. Są tam za karę.

- Tyyy....może on ma raka ? - pyta z troską pierwszy.

- Joooo .....chyba piersi... - komentuje drugi.

......i choć temat dotyczył liczebników zbiorowych całą  lekcję się śmiałam.

© dyskretny urok codzienności
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci