opisywany przez heteroseksualne ciało pedagogiczne rodzaju żeńskiego oddające się wnikliwym studiom nad rodzajem męskim, choć rodzaj nijaki nie pozostaje bez znaczenia
Lęk przed dentystą jest u mnie nabyty lat temu kilkanaście. Wcześniej była miła pani Basia, ale po drodze przytrafiła się pani Brunhilga von Kanał i skrzywdziła mnie. Od tamtej pory mam stracha, choć poznałam ostatnio świetną panią zębolog.
W czwartek rozbolała mnie ósemka. Już wcześniej pani Ulka zaklejała mi ją i z góry uprzedzała, że jej los jest przesądzony. Niestety, ku memu przerażeniu, oświadczyła, że ona mi tego nie zrobi.
No i stało się. Noc była na tyle długa i bolesna, że jednak zdobyłam się na czyn heroiczny. Pozostało tylko znaleźć kata i podłożyć głowę pod topór. Wszyscy doradzali chirurga zębowego. Niestety jakiś czas temmu koleżanka pokazała mi tego Kingkonga na mieście. Nieeeeeeee, nie dałabym rady. Takie przeważające siły, ta twarz złowroga.....Dzięki pomocy koleżanki trafiłam do niezwykle urokliwej, delikatnej miłej pani, która obadawszy mnie wewnętrznie zaproponowała ekstrakcję. Zgodziłam się, choć w tym momencie najbardziej miałam ochotę ruszyć do ucieczki. Niestety poczekalnia przepełniona była młodocianymi. Nie mogłam.....
Jestem bardzo uczuciowa i być może dlatego znieczulenie trwało tak długo. Pani zębologini ( że pojadę Palikotem) nie przejmowała się tym wcale, dodawała kolejną ampułkę. W końcu całkiem zdrętwiałam i zobojętniałam. Otoczona parawanami czułam się samotna. nasłuchiwałam co się dzieje w gabinecie. To wszystko ułożyło mi się w bolesną całość, ot człowieczy los....
Na pierwszym fotelu siedział malec, któremu pani doktor impregnowała ząbki i czułe sobie tam paplali. Pani doktor miała czas, bo ja się znieczulałam. Na drugim fotelu siedziałam ja....psująca się trochę, a za ścianą ze szklanych kafli siedział pan Czesław, któremu pani protetyk odlewała formę, kazała zagryzać, dobierać kolory...... A potem była ekstrakcja.
Byłam dzielna i w czerwcu kupię sobie za to jakiś prezent. Najgorsze jest to, że wciąż mam jeszcze 3 ósemki.
Powiatowy konkurs ortograficzny. Tłum miłośników zasad pisowni i okazały zestaw nauczycielek. Konkurs przebiega zgodnie z harmonogramem. Panie z uwagą sprawdzają kolejne zadania. Wreszcie chwila przerwy, kawa, ciasto, miłe rozmowy:
- ....a pani to chyba też była w tamtym roku ?
- Taaaak, ja co roku tu przyjeżdżam....
- No właśnie...... poznałam panią po sukience.......
Nowe zawody pojawiają się nieustannie. Stare zanikają bez rozgłosu. Nie tylko koni żal, ale i i mistrzów kowalstwa, kołodziejstwa czy repasacji pończoch. Coraz trudniej znaleźć kaletnika czy zwykłego krawca. Ot....znaki czasu.
Odkąd dowiedziałam się o istnieniu seksterek czyli pań sprawdzających płeć kurcząt, przestałam się dziwić nowym zawodom. Zresztą większość z nich nazywa się tak, że nie bardzo wiem co z czym połączyć. Postęp stawia nowe wymagania, jednym pracę odbiera, innym daje. Niestety proporcje nie są tutaj zachowane.
Ale ja nie tym przecież .....ja tu chcę napisać o testerkach miłości. To podobno nowy zawód, a zapotrzebowanie ogromne. Testerki wierności, jak sama nazwa podpowiada, sprawdzają wierność mężczyzn, ich odporność na flirt, kobiece wdzięki i propozycje. Z ich pomocy korzystają przyszłe małżonki, ewentualni teściowie, żony. Wszyscy słono płacą za usługę. Zaraz mi się przypomina tekst z Seksmisji: permanentna inwigilacja. To bardzo podła praca. Coś jakby agent Tomek w spódnicy. Współczuję kobietom, które muszą wykonywać taką pracę. Zwykle kończy się ona sukcesem, potwierdzają to statystyki. Tylko, że ich sukces jest potem tragedią dla wielu osób. Czy ktoś na tym zyskuje ? Czy osoba, która nie darzy zaufaniem partnera powinna kontynuować związek. Czy całe życia ma przypominać " Rok 1984 " Orwella ?
Ludzie zawsze ryzykują wiążąc się z drugą osobą, ale tego ryzyka nie wykluczy permanentna inwigilacja. Ona może tylko te piękne relacje odczłowieczyć. Kobieta, która nie zaufa partnerowi prawdopodobnie całe życie będzie się czegoś bała. Zamiast się cieszyć miłością, przyjaźnią będzie z drżącym sercem czekała na kolejne raporty. To według mnie chore i podłe. Może to zemsta za pasy cnoty ?
I nie wódź go na pokuszenie....
Zostalam też zobowiązana do tego, by nadmienić, że pewna część mężczyzn byłaby gotowa wybaczyć żonie nawet zdradę fizyczną, ale test wierności - zdecydowanie - nie. Rozumiem to stanowisko
Poprawa sprawdzianu, nieodmienne części mowy....czarna magia, partykuła duszona spójnikem.
Arkadiuszek o oczach tak błękitnych, że dech zapiera nastolatkom, zbliża się leniwym krokiem w stronę biurka. Opiera się o nie i zagląda mi głęboko w oczy. Już wiem, że oboje zostaliśmy po lekcjach niepotrzebnie. Uśmiechamy się do siebie ze zrozumieniem:
- Może pani sobie melisę zaparzy przed sprawdzaniem, będzie łatwiej - doradza czule, nadal trzymając sprawdzian
- Nie lubię, jest gorzkawa...- przekomarzam się
- To może czekoladkę pani sobie otworzy, mniej się pani zdenerwuje...
Zaczynam rozumieć strategię tego młodego człowieka. Napinam mięśnie twarzy w celu wydobycia surowości spojrzenia i wtedy z końca klasy odzywa się Bartuś:
- Co ty pani doradzasz, jeszcze się pani roztuczy, a niedługo wakacje, moja mama już miesiąc się odchudza... w lipcu jedziemy nad morze.
- Pani już i tak do wakacji nie zdąży - ripostuje Arkadiuszek i kładzie sprawdzian na biurku z anielskim uśmiechem.
Zobaczyłam reklamę pewnego supermarketu, który w moim mniemaniu zalicza się do tych podlejszych. Pamiętam ptasie mleczko z tegoż przybytku i specyficzny zapach warzyw gnijących z lekka. Wiadomo, że jak człowiek musi się liczyć z każdym groszem to i tam znajdzie coś taniego. Z głodu nie umrze, tyle że szybciej.
I oto w reklamie tej dostrzegłam wyrafinowanego staranniej niż olej smakosza nad smakoszami, dziennikarza kulinarnego co to tylko i jak najbardziej. Zaraz przypomniały mi się jego tyrady słowne na temat marności produktów spożywczych. wskazówki gdzie kupować, co wąchać, gdzie macać, gdzie pójść żeby kupić coś jadalnego i smacznego. Były też ubolewania......że to co kupujemy w sklepach nie jest tym co kupujemy, szynka nie jest szynką, ziemniak nie jest ziemniakiem....
I oto ten wieszcz kulinarny stwierdza w reklamie, że jest klientem supermarketu i wszystko co tam kupuje jest smaczne. No trzymajcie mnie ludzie, bo mogę zacząć gryźć i drapać.
Ile kosztuje autorytet i szacunek dla samego siebie ? A może rzeczywiście smakosz nad smakoszami tak podupadł finansowo, że musiał sprzedać coś tak cennego.
Nie szkodzi, deszcz jest bardzo potrzebny. Poprzednie dni były przecudne. Świat wypiękniał. Wiosna wdzierała się w nozdrza ogromem aromatów, obwieszczała swoją obecność koncertami kameralnymi. Ptasie i owadzie symfonie opowiadały o radości życia, a przemysł lodowy szalał. Chciało się wyjść i iść w stronę słońca.
Taki mały reportażyk z wyprawy do ostatniej takiej wsi co wieś przypomina.
Dwie damy w dziale szamponów koloryzujących toczą dyskusję. Iskry lecą. Panie nerwowo wymieniają uwagi na temat mroźnej czekolady i burgundu etiopskiego. Porozumienia brak, one tracą cierpliwość, ja tracę cierpliwość i czas. Temperatura rośnie, bo to południe...I wtedy jedna z nich rzuca kulą armatnią między flakony:
- Wiesz co ? Jak ja jestem brunetką, to ty jesteś kretynką.
Wniosek starożytny
De gustibus et coloribus non est disputandum.
Wszystkich, którzy poczuli się urażeni faktem, iż zastosowałam język martwy niniejszym przepraszam.