Menu

dyskretny urok codzienności

opisywany przez heteroseksualne ciało pedagogiczne rodzaju żeńskiego oddające się wnikliwym studiom nad rodzajem męskim, choć rodzaj nijaki nie pozostaje bez znaczenia

Ciąg niefortunnych zdarzeń

asprocolia

Mówią, że nieszczęścia chodzą parami.....Moje doświadczenia życiowe podpowiadają mi, że wędrują raczej grupowo.....

Zacznę od początku......poniedziałek, dzień, kiedy trudno zrobić przedziałek. Szok za szokiem......bo trzeba wstać......bo do następnego weekendu wieki całe........bo ludzie jacyś smutni......pogoda nie ta.....rajstopy bez oczek się skończyły..........

Jednak zaciskam zęby, dam radę. Dwie wojny światowe, prababka zegar przeciągnęła przez kartoflisko z pruskiego zaboru.... Dam radę.....

Na starcie radosne wiadomości, koleżanki zaniemogły i pomogły tym samym. I ósmej i mnie...... Zamiast okienka lekcja, o 15 powrót do domu. Stoję na przystanku.......smatri kakaja głusz.....Minuta goni minutę, mojego autobusu nie ma. Pół godziny spóźnienia.....cisza.

Zamykam się w sobie z zimna i osamotnienia. Nagle zatrzymuje się jakiś pojazd. To mama mojego dawnego ucznia. Moja radość sięga niebios......na krótko. Okazuje się, że pani jedzie w stronę mojego miasta, ale tam nie dojedzie, bo......długa historia. Odwrotu nie ma. Jedziemy, rozmawiamy. Ona się cieszy, że mi pomaga, ja udaję wdzięczność, choć przez skórę czuję zbliżające się kłopoty. Miejscowość, w której pani ma zamiar mnie zostawić jest przy bardzo ruchliwej trasie, szanse, że coś złapię są spore. Niestety, napotykamy korek, strata 20 minut powoduje, że pani nie może mnie podrzucić na przystanek. Stoję więc na poboczu bardzo ruchliwej trasy. W oddali majaczy zarys czegoś co przypomina przystanek. Wzdycham ciężko, ale wiem, że dam radę, wszak prababka....Mijają mnie całe tabuny  tirów. Pobocze wąskie, czuję ich oddech na plecach, przebieram nóżkami niczym wytrawny chodziarz. W połodwie drogi mija mnie autobus z Torunia, dosłownie dwie minuty za nim przejeżdża ten na który czekałam wcześniej. 

Co mi pozostaje ? Wycieczka piesza.....jeszcze 4 kilometry, z czego połowa wąskim poboczem. Idę, bo przecież prababka ten zegar..... Przypominam sobie, że przy odrobinie szczęścia mogę zdążyć na autobus podmiejski. Byle tylko dotrzeć na Grunwald, to taka nasza dzielnica. Nabieram tępa, tchu mi brak. Niestety, widzę w oddali jak już wjeżdża w zakręt. Po prostu idę dalej, jakieś gwiazdki widzę.....widzę też macdonalda.......już blisko. Przechodzę przez pasy i ...... Tu już prababka nie pomaga. Zamiast chodnika pas ubitej ziemi pokrytej kopczykami żwiru. Trzeba wracać.... Nie złorzeczę..... idę przez park.....dom już blisko......

Znawcy tematu

asprocolia

Lekcja polskiego w piątej, kolejny dzień nie ma Dawida. Chłopiec sporo opuszcza. Klasa głośno kometuje jego nieobecność. Przechodzę do zapisania tematu. Do moich uszu dociera dialog dwóch kumpli z pierwszej ławki. Są tam za karę.

- Tyyy....może on ma raka ? - pyta z troską pierwszy.

- Joooo .....chyba piersi... - komentuje drugi.

......i choć temat dotyczył liczebników zbiorowych całą  lekcję się śmiałam.

I wspomnienia poszły w tango.....

asprocolia

Zimowy krajobraz, biało, mroźnie i dopóki nie muszę do pracy, po prostu cudnie. Towarzyszę w spacerze nobliwej damie, która przyjechała w rodzinne strony.Rozmawiamy o różnych sprawach naszej rodzinnej wsi. Temat główny: rozpad małżeństwa Z. Obie dziwimy się, że kobieta porzuciła nie tylko męża, ale  i dzieci. Wybrała mężczyznę poznanego w sanatorium. Wszyscy bali się, że po wypadku zostanie kaleką. Rehabilitacja poszła jednak dwutorowo. Zamilkłyśmy na chwilę. Towarzyszka mojego spaceru zatrzymała  się, spojrzała na las i zaczęła opowiadać....

Nie możesz tego pamiętać, ale my długo  staraliśmy się o dziecko, Andrzeja urodziłam przecież tak póżno.....Wiesz, było mi ciężko to wszystko znosić, to były lata siedemdziesiąte, nie rozmawiało się o tym wtedy, kobieta była sama ......Kiedyś koleżanka zaproponowała mi udział w kursie tańca. Dom kultury był blisko, przekonałam męża. Okazało się, że marzeniem większości jest nauka tanga. Dla  mojego męża to była gehenna, zniechęcił się po drugiej lekcji. Jak wiesz, lubię uczciwie podchodzić do wszystkiego, dlatego poszłam do tego domu kultury, żeby poinformować instruktora o naszej rezygnacji. Był sam, porozmawialiśmy chwilę, mówiłam jak bardzo żałuję.....i wtedy on poprosił mnie do tańca, to było tango.....Byłam zauroczona nim, tangiem, chwilą, byłam wolna i bardzo szczęśliwa. Gdyby to potrwało jeszcze chwilę też mogłabym wszystko rzucić. Zaskoczyłam sama siebie. To moje ulubione wspomnienie, dopóki będę żyła....tango będzie mnie wzruszało....

Ruszłyśmy do domu. Pomyślałam, że dobrze mieć takie wspomnienia. Dobrze choć na chwilę wyzwolić się z tego co należy, wypada, trzeba, co nakazuje zdrowy rozsądek........

Cynizm pytanego

asprocolia

Koleżanka odwiedziła gabinet lekarza specjalisty. Na wizytę czekała prawie rok. Ładu i porządku strzegła tam niewiarygodnie niesympatyczna pani recepcjonistka/pielęgniarka. Koleżanka miała już okazję poznać ją nieco szybciej, dlatego spodziewała się kolejnych nieprzyjemności. Nie zawiodła się. Pani umówiona na 10.00 nie przybyła. Pani recepcjonistka była tym faktem zbulwersowana. Poprosiła kogoś umówionego na 10.20, jednak ta osoba jeszcze nie dotarła i wtedy mojej koleżance zabrakło taktu, odezwała się:

- Ja jestem umówiona na 10.40, to może....

Pani recepcjonistka zerknęła na koleżankę niczym bazyliszek i rozpoczęła miażdżący monolog, że nie potrzebuje takich informacji, że wszyscy potrafią tylko  przeszkadzać, że robi sobie z przychodni poczekalnię i przychodzi pięć godzin szybciej........

Koleżanka, mimo sporej asertywności, poczuła się znokautowana, a odliczać nie miał kto.

Za jakiś czas była zmuszona odwiedzić tego samego specjalistę, ale tym razem w jego prywatnym gabinecie. Ku swemu przerażeniu pierwszą spotkaną tam osobą była owa recepcjonistka. Zachowywała się jednak inaczej. Miła, uśmiechięta, usłużna aż nadto. Koleżanka poczuła spory niesmak. Po wizycie i blokadce w kolano pani recepcjonistka ruszyła ku pomocy w odziewaniu , zalewała empatią, uśmiechami.

Ostatecznie koleżanka nie wytrzymała i zapytała skąd wzięła się taka przemiana. Pani z eleganckim uśmiechem odpowiedziała:

- No wie pani.......jakie pieniądze, taki człowiek.

Turnus mija.....

asprocolia

.....a ten świat mnie zabija. 

Miałam ogromne oczekiwania wobec tej przerwy od zajęć dydaktycznych oraz wychowawczych. Ferie miały być czasem na sen, czytanie, przyjemności, oderwanie od szarości i codzienności. I co ? Jajko z brzydko pachnącą niespodzianką.

W pierwszy poniedziałek zerwał mnie z łóżka alarm telefonowy. Zapomniałam wyłączyć, telefon w torebce, torebka na wieszaku, wieszak daleko...... Potem były 3 dni względnego spokoju, jakieś drobiazgi, spłuczka się zepsuła, hydraulik zmienił numer, jakieś sprawy do załatwienia na mieście, mały wypad na zakupy, powrót na wieś ......

W czwartek o 8.00 zadzwoniła najwyższa instancja z zapytaniem co się wyprawia w mojej klasie. Stawianie takiego pytania wychowawcy w czasie ferii o 8.00 jest co najmniej dziwne.

- Chyba nic.

Co miałam powiedzieć skoro sa ferie. Jednak za dwie godziny zadzwoniła znów dana instancja i tonem więcej niż oficjalnym oświadczyła:

- Oddaję panią A. 

Między szlochem a krzykiem docierały do mnie jakieś skrawki wiedzy na temat. Nadludzkim wysiłkiem ułożyłam te poszarpane puzelki w jedną całość. Kilkoro uczniów założyło na fb grupę, której celem było obrażanie córki pani A. Potem już do wieczora były telefony od wszystkich zainteresowanych rodziców.

Kolejne dni mijały pod hasłem: Telefon od rodzica A, B. C , D , E , F i hydraulika. Między wierszami wyczytywałam w nich, że to nie jest wina dzieci tylko wychowawcy i szkoły. 

W niedzielę rano zadzwoniła mama H, żeby mnie przestrzec przed rodzicami A, B. C, D, F, a nawet G. Tylko hydraulik był poza podejrzeniami. 

W poniedziałek z rana  znowu w roli call center. A potem wyprawa z pewnym młodzieńcem spokrewnionym, który kupił swoje pierwsze auto. Młodsze ode mnie, ale raczej grat. Młodzieniec jednak wniebowzięty, ruszyliśmy do mnie w celu wydrukowania jakiegos formularza.W połowie drogi nowy nabytek zaczął wydawać jakieś straszne dźwięki. Okazało się, że złamał się zawias podtrzymujący klapę bagażnika. W towarzystwie tych dżwięków minęła podróż. Owszem, miałam ochotę zawyć.

Dziś nikt już nie dzwonił, ale oparzyłam rękę.....patelnią. Mam wielki bąbel, który już nie boli. Dzień spędziłam walcząc z bólem i stresem pourazowym, że tak to nazwę. 

Na ostatnie dni ferii nie robię planów, boję się.

PS Jednak zadzwonił rodzic B. Mam myśli zabójcze.

 

 

© dyskretny urok codzienności
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci