Menu

dyskretny urok codzienności

opisywany przez heteroseksualne ciało pedagogiczne rodzaju żeńskiego oddające się wnikliwym studiom nad rodzajem męskim, choć rodzaj nijaki nie pozostaje bez znaczenia

Teatrzyk Biała Mysz przedstawia sztukę rasistowską " Żółta rasa "

asprocolia

Miejsce akcji: supermarket lekko wyludniony, w oczy rzucają się więdnące w mękach warzywa i owoce, dział monopolowy ożywiony.

Osoby dramatu : dwóch panów w wieku emerytalnym i w kapeluszach.

Pan pierwszy ( akurat wychodzi z monopolu z uśmiechem i butelką w białym papierze, nawet dziecko zauważyłoby, że to 0,75 l ) : cześć Kazik, ja tam po świętach?

Pan drugi czyli Kazik ( wyraźnie zaskoczony, z lekkim zażenowaniem ukrywa za sobą jakieś zakupy ) : a cześć, też na zakupach, nie boisz się tutaj wódki kupować? Tu wszystko mają chińskie.

Pan pierwszy : toć chyba wódki stamtąd nie wiozą ?

Pan drugi czyli Kazik : kochany zabawki chińskie, buty chińskie, świeczki chińskie, truskawki chińskie, zaleje nas ta żółta rasa.

Pan pierwszy : fakt sporo tego nawozili i podobnież większa trucizna niż azbest.

Pan drugi czyli Kazik : widzisz, żona przed świętami kupiła taką szopkę do postawienia,normalnie Maryja, Józef, dzieciątko, ja patrzę, a tam pod spodem made in china, żeby nie te święte osoby to bym do pieca wpierniczył, mówię ci jak się dowiem, że jeszcze robią opłatek zrezygnuje ze świąt !!!!

Pan pierwszy : racja, ale w tych Chinach to podobno katolicy też są.

Pan drugi czyli Kazik : Ale są prześladowani !!!

Kurtyna !!!

 

Lobo A.D. 2010

asprocolia

Budził się do życia z ogromnym trudem. Bardzo chciał otworzyć oczy , ale ból był trudny do zniesienia.Do tego ten nieznośny głos dochodzący niewiadomo skąd, głos straszny, budzący lęk i gniew :

- Zygmunt ...rwa obudź się, jest sprawa, musisz mi pomóc !!

Lobo błagał w myślach los o litość, jednak głos nie tracił na sile. Dręczył znanym wibrato, smagał po obolałym ciele.Inspektor nadludzkim wysiłkiem otworzył skute ropką oczy i wtedy głos ucichł. Lobo zebrał w sobie resztki mocy i rozejrzał się , a wlaściwie spojrzał przed siebie. Zobaczył nędzę swego położenia, leżał owinięty jedynie w prześcieradło, bez bielizny, ale w butach. Przed sobą zobaczył własną choinkę, którą zdobił najpierw z Celestą, a potem z mamusią. Już od trzech lat dwa razy ubierał i dwa razy rozbierał choinkę. Z czasem się do tego przyzwyczaił i polubił nawet ten przedświąteczny dualizm. Jednak choinka w sypialni zaskoczyła Lobo. Przecież zawsze stoi w salonie. Zaczął jej się bacznie przygładać swoim policyjnym okiem :

- Moje drzewko, bombki, aniołek, dzwoneczki i ten sam czub....o .....rwa - wydobył z siebie Lobo i bezładnie opadł na łóżko. w oczach malowało się przerażenie. Na czubku choinki Lobo ujrzał...głowę swojego szefa. Tego było za wiele. Naciągnął prześcieradło i postanowił zasnąć. Wiedział, że musi odpocząć. Niestety głos znów zaczął dręczyć:

- Wstań, ....rwa, Zygmunt musisz mi pomóc, nasz wydział ma problem !

Inspektor zrozumiał, że to nie sen, to szef jako żywy. Usiadł powoli, otworzyl oczy tak szeroko jak tylko mógł. Tym razem zobaczył, że choinka jest trzymana przez szefa, a ten stoi ubrany jak na pogrzeb.

- Ubieraj się, musimy wpaść do firmy, Kiełpik zapomniał tego hasła do tego majla, wiesz co go założył, żeby wojewódzki miał gdzie mi przysłać te informacje - dyszał znienawidzony przez Lobo spaślak.

Załamany inpektor ponownie opadł na pościel, wtopił na chwilę wzrok w sufit, jednak szybko jego uwagę przykuł kawałek czerwonej koronki wiszący na żyrandolu.Każdy przeciętny obserwator zauważyłby,że to damskie majtki, jednak Lobo potrzebował więcej czasu na taką diagnozę.

- Ale szefie ja mam wolne, niech Kiełpik idzie, jest młodszy - błagalnie wyśpiewał męczennik.

- Nie pierdol Zygmynt, Kiełpik już tam siedzi od godziny i trzęsie portkami, daje ci godzine !!! - zakończył spaślak, bo szczęśliwie zadzwonił telefon.

- Kiełpik ty się módl do wszystkich świętych, bo jak Lobo nie pomoże to ty .....rwa będziesz krawężniki do końca świata prostował i jeszcze jeden dzień dłużej - rechotał szyderczo - co szef miał zapisać, za cienki jesteś żeby mnie pouczać, ty różaniec zamów w Radiu Maryja, bo ja cię zmiażdże....

Lobo zamarzył o kształtnych piersiach Celesty, jednak ten pasek koronki na żyrandolu zaczynał go lekko niepokoić.

- Daję ci godzinę, ogarnij się i do roboty !!! Stary oparł choinkę o ścianę i poszedł sobie. Na szczęście nie trzasnął drzwiami na odchodne. Zygmunt przystąpił do pionizacji. Było ciężko. Ciało odmawiało posłuszeństwa. Jednak wiedział, że musi i tym razem podnieść się z upadku. Wstał i wolnym krokiem udał się do kuchni. Po drodze zauważył, że brakuje drzwi wejściowych. Wtedy przypomniał sobie, że ma na sobie tylko buty. Wrócił do sypialni i owinąl umęczone ciało prześcieradłem. Znów skierował się do kuchni. Akurat z drugiego piętra schodziła sąsiadka.

- A witam pana inspektora, jaki piękny Rzymianin z pana - zachichotała i przełknęła ślinę łapczywie. .

Miał już dość. Wszedł do kuchni i natychmiast otworzył lodówkę. Niestety oprócz niegdyś białej kiełbasy, niczego tam nie zastał, Zajrzał do komory zamrażalnika, tym razem los okazał się łaskawy. Do ściany bocznej przymarzł widać mocno filet z dorsza. Z impetem chwycił za fragment ryby, poszło. Natychmiast przyłożył ją do głowy. Pssss. Poczuł ulgę. Filet porządnie oddtajał nim Lobo zdecydował się ubrać. To nie było wcale takie łatwe. Trzeba sobie wszystko przypomnieć. Its my life.....Stary dzwoni. Odebrać czy nie. Gra świateł w umyśle inspektora przybrała na sile. W końcu odebrał.

- Zygmunt to biustonosz !!!

- Jaki biustonosz ???!

- .....rwa nie pij tyle, hasło to biustonosz, jesteśmy uratowani!!!

 

 

List karpia Ryśka.

asprocolia

Noahowi - z życzeniami, by następny rok był dla niego szczęśliwy, a przede wszystkim bezpieczny.

Kochani pewnie mnie nie pamiętacie. Opowiedziałem już kiedyś tutaj swoją historię. 

http://asprocolia.blox.pl/2009/09/Teatrzyk-Biala-Mysz-przedstawia-sztuke-pod.html

Los znów zaniósł mnie w dziwne miejsce. Aktualnie przebywam w Kujawsko - Pomorskim Muzeum Osobliwości. Eksponatów u nas niewiele, ale i tak nie czuję się samotny. Trafilem tu jako najstarszy karp w regionie i zamieszkałem w jednym akwarium z trójoką welonką. To miła, choć bardzo nieszczęśliwa ryba. Jeszcze jesienią było z nami jabłko w kształcie gruszki i ogromna pieczarka. Niestety oba eksponaty zostały zjedzone przez cielaczka albinosa. Odwiedzają nas tu również mili ludzie. Jakie oni mają wielkie oooooczyyyyy.

 Już dawno wybaczylem myśliwemu Noahowi, że nie pomógł mi spełnić mojego wielkiego marzenia. Cóż, prawdopodobnie już nigdy nie trafię na świąteczny stół, ale i tak nie przestaję marzyć. Jedyna rzecz jaka naprawde opłaca się karpiowi to widzieć dobre strony akwarium i mieć zdrowe płetwy. Reszta to już gratisy od losu. Czasem moją towarzyszkę welonkę dopada rybia depresja. Rozumiem ją i wspieram. Głaszcze płetwą i posylam uśmiechnięte bąbelki. To zawsze pomaga.

Opiekują się nami bardzo mili ludzie. Pani Lodzia po południu zmywa podłogę na mokro i narzeka przez telefon na jakąś córkę, że myśli dupą. Hm, to chyba baaaardzo niedobrze. Wieczorami odwiedza nas stróż Ździsiek. Zawsze przynosi jakiś napój, po którym zapalają mu się oczy, a jego dusza zaczyna śpiewać.  Czasami jednak nie rozumiem o co im chodzi. Naszym dyrektorem jest pan Jastrzębski. Niby wygląda jak człowiek, ale pani Lodzia za każdym razem mówi, że już idzie ta świnia. Hm, widziałem świnię na zdjęciach i nie widzę wielkiego podobieństwa do Jastrzębskiego. No może te uszy.....

W wigilię postanowiłem odezwać się do moich opiekunów i podziękować im za wszystko. Kiedy zacząłem laudację skierowaną do pani Lodzi ta upuściła wiadro z wodą, oliwy go ognia dolał cielak, który zaczął sie śmiać ludzkim głosem. Pani Lodzia narobiła tyle krzyku. Mieliśmy dużą widownię, a Lodzi podali jakieś krople. Poszła szybciej do domu i nawet nie złożyła nam życzeń. Dziwne, prawda ? Z panem Ździśkiem poszło lepiej. Odczekałem do momentu, kiedy tradycyjnie wypił ten czerwony płyn i już miał zacząć śpiewać. Przedstawiłem się i zacząłem dziękować. Ździsiek rozpłakał się, zanurzył ręce w akwarium, wyjął mnie i zaczął całować mówiąc takie piękne słowa: Rychu, bracie mój, od dwudziestu lat nikt mi za nic nie dziękował, ja wiedziałem, ja wiedziałem, że na karpia można zawsze liczyć. Chciałem mu powiedzieć jeszcze coś miłego, ale moje skrzela jechaly już na rezerwie. To była pięnkna Wigilia, mimo że nie byłem w galarecie.

A jutro Sylwester. Ździsiek obiecał, że wleje nam do akwarium jakieś bąbelki. Potańczymy z welonką. Może i cielak pobryka. To też będzie piękny dzień. Wy też się dobrze bawcie i cieszcie się życiem. Pozdrawiam. Rysiek, karp krolewski.

© dyskretny urok codzienności
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci